Ruda Marylin Monroe, czyli cudowny seks bez miłości

ruda3

O spontanicznej, cudownej przygodzie w Poznaniu. O krzesaniu ognia bez słów i wspaniałym seksie bez miłości. I o tym, dlaczego mamy alergię na Marylin Monroe.

Poniedziałek, jutro mam być w Poznaniu. Na jednym z portali randkowych zmieniam kryteria wyszukiwania. W stolicy Wielkopolski wybieram odpowiadający mi przedział wiekowy, profile wyłącznie ze zdjęciami. Standardowo muszę przebrnąć przez tuzin trzpiotek piszących o sobie „jestem jaka jestem” czy buntowniczo cytujących Marylin Monroe.

marylin monroe bedboy whore

Ważna dygresja. Dziewczyny, zapamiętajcie proszę – rozgarnięty facet zwymiotuje, gdy na setnym profilu przeczyta, że: „Jestem samolubna, niecierpliwa i trochę niepewna siebie. Popełniam błędy, tracę kontrolę i (…)” …i dziewczynki znają dalszy ciąg, chłopcy sobie znajdą. Jest to straszne. Pewien mądry gość odniósł się do tego absurdu w tym artykule, zachęcam do lektury (nieanglojęzycznych uspokajam: kiedyś poświęcę temu odrębną notkę). Facet może przełknąć wiele, aby ostatecznie wylądować w łóżku z pociągającą go kobietą. Potrafimy być jak ten kenijski pasterz, który przebiega w pełnym słońcu dziesiątki kilometrów, bo gdzieś tam za dalekim horyzontem jest woda. Tak my przyjmiemy na klatę bardzo wiele, bo w nagrodę czeka niezłe ruchanie. Ale na Boga: rzeczywiście jesteśmy prymitywami, myślimy kutasem, ale i kutas swój rozum ma. Zapisz to, suko.

Tymczasem moją uwagę przyciąga 22-letnia studentka, Kasia. Szczupła, mądre oczy i bujne, rude włosy. U niej jest mądrze i świadomie. Pisze o tym, co ją inspiruje, co kocha, co czyta (Hłasko, Kafka, Gałczyński, czyli trzy razy ‚tak’). Piszę, że przyjeżdżam do jej miasta i chętnie się spotkam. Kasia odpisuje entuzjastycznie, podejmujemy korespondencję. Oczywiście chcę uniknąć przysłowiowej „kawy na mieście” . „Kawy na mieście” są złe, zapamiętajcie koledzy i nigdy nie dajcie się w to wpuścić. Co prawda nigdy nie umawiam się „na seks”, ale przecież zawsze lepiej, gdy są do tego wszelkie warunki. Te warunki to przede wszystkim nie „kawa na mieście”, a raczej „lampka wina” w mieszkaniu z dużym łóżkiem. Poza tym większość z was nie potrafi rozmawiać z kobietami, więc po prostu unikajcie tego oczywistego samobója. Inna sprawa, że czasami potrafimy pięknie sklecać zdania złożone, a po prostu nie jesteśmy w stanie. Mam znajomą, z którą swego czasu spotykaliśmy się „na rozprostowanie kości”. Znaliśmy się, potrafiliśmy w mgnieniu oka „rozpalić ogień”, a mimo wszystko ona zawsze oczekiwała ode mnie rozmowy „przed”. Co u mnie, co słychać, co tam w ogóle. I mizdrzy się przede mną, przekłada te nogi, włosy przeczesuje, a ja nie jestem w stanie podać choćby daty urodzenia. Wyglądam wtedy mniej więcej tak:

misery

Wracając do korespondencji z Kasią… Idzie nam świetnie. Szybko dociera do mnie, że trafiłem na osobę nadającą na podobnych falach.

„Byłoby idealnie gdybyś został do czwartku, bo u mnie wcześniej praca, uczelnia… Chyba że nie przeszkadzają Ci późne godziny nocne, wtedy Poznań taki piękny;)”

Couldn’t be better. Oczywiście, że nie przeszkadzają. Informuję ją o tym niezwłocznie, dodając…

„Nie wiem czy taka informacja może mieć wpływ na cokolwiek, ale jakby co mam wolne mieszkanie w centrum i gdyby zdarzyło nam się dziś rzeczywiście przehulać do bardzo późna, to oczywiście z przyjemnością Cię ugoszczę (info na wypadek, gdybyś np obawiała się późnego powrotu – dajmy na to – do Gniezna )”

Przypominam, chłopaki, o wrogu numer jeden – „kawach na mieście”. Propozycja okazuje się strzałem w dziesiątkę.

„Uuu, ciekawie to brzmi :p
Jeśli chodzi o dojazd do mnie w nocy, wiąże się to z przechadzką przez ciemny las, w którym mieszkają dziki i inna zwierzyna. I wcale nie przesadzam! Szłam tak nie raz i jak na razie nic mnie nie ugryzło, więc ewentualnie sobie poradzę. Zobaczymy jak się wieczór potoczy ;)”

Dziki i inna zwierzyna! Kasia zgrabnie budzi we mnie pełnego troski rycerza. Zresztą najprawdopodobniej robi to świadomie, co podoba mi się jeszcze bardziej. Umawiamy się u mnie o 20:00, ale nabieram ochoty na wyjście poza schemat. O 19:00 wysyłam jej smsa:

„proponuję taką niewinną grę… kiedy wejdziemy do mieszkania i zamkniemy za sobą drzwi, nie odzywamy się do siebie choćby słowem. nasze języki może rozplątać dopiero mój buziak w Twoją szyję. możemy patrzeć, możemy dotykać, nie wolno jednak niczego mówić, dopóki nas nie „odczaruję”. gramy?”

„Podoba mi się ta gra;) gramy!” – i już wiem, że mam dziś bardzo rozgarniętą towarzyszkę.

Kasia przychodzi punktualnie. Jestem bardzo zaskoczony, gdy otwieram drzwi. Jest jeszcze ładniejsza niż na zdjęciach. Pamięta o naszej grze, wita się bez słów – obejmuje mnie, zaczynamy się całować. Ubrania zrzucamy „w locie”, chwytam zdecydowanie jej pośladki i sadzam ją na stojącym obok drzwi wejściowych stole. Wpadamy w trans. Kasia całą sobą – ciałem, zachowaniem, sposobem poruszania się – podnieca mnie wręcz skrajnie. Tak jak kobiety często kręci brutalny seks, niemal na skraju imitacji gwałtu, tak Kasia – choć jest już kobietą – ze swoją drobną dupcią i delikatną cipką wzbudza we mnie swego rodzaju pedofilskie doznanie. Zakazany owoc w krańcowo kuszącej i jeszcze nie zakazanej, ale niepoprawnej postaci. To silniejsze od nas, taką mamy naturę.

Jesteśmy zanurzeni w ekstazie. To coś więcej niż seks. Chłoniemy się wzajemnie, czujemy nie tylko każdy swój centymetr, ale i wszelką przestrzeń między nami. Gdyby teraz stanęła obok nas jakaś wyzwolona fanka „Ani z Zielonego Wzgórza”, tupnęła i pouczyła, że „nie ma seksu bez miłości”, najprawdopodobniej zabilibyśmy ją śmiechem.

Niemal po godzinie pierwszy raz bezwiednie opadamy na siebie, aby odetchnąć. Dopiero wtedy zbliżam swoje usta do jej szyi, „odczarowuję” nas i szepczę…

– cześć…

Resztkami sił oboje wydajemy z siebie przekorny chichot… naprawdę udała nam się ta gra. Kasia jest najlepszym typem kochanki – jej przyjemnością jest twoja rozkosz. Im bardziej ty się starasz, tym bardziej ona chce dogodzić tobie. Tak się zresztą składa, że i mnie kręci przede wszystkim jej podniecenie. Wpadamy więc w wir wymiany przyjemności, który przenosimy do łóżka, na fotel, na stół, wszędzie… Tuż przed świtaniem finalnie odcina nam prąd. Zasypiam półświadomie. Wiem, że moja Marylin Monroe była dziś ruda.

 

Podobało się? Wykop ten wpis!

Podobne artykuły...

10 Responses

  1. Ubóstwiam przyrównanie do kenijskiego pasterza. Z tą życiodajną wodą u kresu wędrówki to też różnie bywa. Jedni upadają po drodze, inni nie mogą do niej dobiec wcale. Życie. Można zapytać również, czego od tej wody się oczekuje. Jeden samego poskromienia pragnienia, drugi – smaku ;)

  2. Uznałem, że wprowadzając ten fakt w tę historię, mógłbym u niektórych wywołać powtórkę z Incepcji ;)

  3. Anonim pisze:

    Nie załapała przeskoku. To randka w Poznaniu czy na miejscu?

  4. Dunya Canbay pisze:

    Bo Marylin Monroe przed przefarbowaniem na platanowy blond była w rzeczywistości ruda ;)

  5. San Francisco pisze:

    Nie chodzi tu o szczegóły. Jakie szczegóły macie na myśli? Co najpierw z niej zdjął, gdzie najpierw polizał, gdzie skończył i ile razy?

    Tu chodzi o coś zupełnie innego. O cały akt. O świadomość, odczucia, niezwykłość. O udowodnienie, że seks nie musi być jedynie przyziemną czynnością rozładowującą popęd, ale czymś więcej… I TO WŁAŚNIE JEST PODNIECAJĄCE.

  6. Paris pisze:

    ….malo faktycznie…..malo podniecajace……

  7. Nicole pisze:

    Nice! tylko trochę mało szczegółów. Nie nakręciło mnie…

  8. frida:) pisze:

    mrauuuuu

  9. Anonim pisze:

    mam gęsią skórkę…. ;)

  1. 14 kwietnia 2014

    […] dosyć efektownym otwarciu cyklu „Zamoczyć w sieci” z Rudą Marylin Monroe chciałbym dziś nieco stonować emocje. Rubryka ta nie ma być kolumną przechwałek – […]